poniedziałek, 20 czerwca 2016

Rozdział 1 "Symptomy"

Dla ludzi czas jest rzeką. Jesteśmy uwięzieni w jego nurcie, mkniemy od przeszłości do teraźniejszości, zawsze w tym samym kierunku. 

George R.R. Martin, „Taniec ze smokami”


Rzuciła ostatnie spojrzenie swojemu odbiciu w lustrze. Westchnęła ze wzrokiem wbitym w swoją młodą twarz, a jednocześnie tak zmęczoną, na której widniały ślady każdego przeżytego przez nią dnia. Zazwyczaj unikała luster, ale za chwilę musiała stawić się w holu i wyglądać odpowiednio, jak na przedstawiciela Instytutu przystało. I może nawet nie narzekałaby na to, że była zmuszona do przerwania swojego treningu, gdyby nie świadomość, że będzie musiała stanąć ze swoim bratem w twarzą w twarz. Odkąd wróciła do Instytutu kilka miesięcy temu, nie odezwali się do siebie ani słowem. Ryleigh to nie przeszkadzało, jemu z pewnością też nie, ale wyglądało na to, że wszyscy inni mieli z tym problem, doprowadzając ją do niemałej irytacji ciągłym powtarzaniem, że powinna zacząć rozmawiać z Angusem. Tylko po co?
Po kilkunastu sekundach opuściła powoli pomieszczenie, kierując się w stronę holu. W drodze na miejsce, spotkała na korytarzu Haydena, który nerwowo przebierał palcami, intensywnie się nad czymś zastanawiając. Ryleigh podeszła do niego i położyła mu delikatnie dłoń na ramieniu. Chłopak podskoczył. Gdy jednak zorientował się, że to tylko jego przyjaciółka, wziął głęboki wdech i uspokoił się.
— Nadal twierdzisz, że wszystko jest w porządku? — zapytała go, chcąc wrócić do tematu, który pojawił się podczas ich treningu. Takie zachowanie zdecydowanie nie było normalne. 
— Tak — odparł, może nieco zbyt szorstko niż tak naprawdę zamierzał. Kiedy się o tym zorientował, jego wyraz twarzy stał się bardziej łagodny, a na jego ustach pojawił się delikatny uśmiech. — Naprawdę, Leigh. A teraz chodźmy. Benedict nie da nam spokoju, jeżeli się spóźnimy. 
Nie mogła się z nim nie zgodzić, dlatego kiwnęła głową i zsunęła dłoń z ramienia przyjaciela, po czym wraz z nim udała się w stronę holu. Kiedy tam dotarli, Benedict i Angus stali już nieopodal drzwi, rozmawiając o czymś. Najwyraźniej zauważyli obecność Ryleigh i Haydena, ponieważ ucichli i spojrzeli w ich stronę. Ciemne tęczówki dziewczyny spotkały się z identycznymi, które należały do jej brata. Udawała niewzruszoną, ale każda komórka jej ciała błagała o to, aby przybliżyć się do niego na tyle, żeby móc zniszczyć tą jego twarz idealnego synka swoich rodziców. Angus patrzył na nią w podobny sposób, chociaż łatwo było zgadnąć, co tak naprawdę teraz czuje. 
W pomieszczeniu zrobiło się tak chłodno, jak w okresie najbardziej złośliwych zim i oboje przez moment patrzyli tylko na siebie, mówiąc sobie więcej niż byliby w stanie, gdyby używali słów. Zanim jednak sytuacja zrobiła się jeszcze bardziej nieprzyjemna, Ryleigh poczuła, jak ktoś obejmuje ją za kark i przyciska do swojej klatki piersiowej. Nie mogła się nie uśmiechnąć, czując znajome ciepło. 
— Cześć, mały bandyto! — nie musiała widzieć twarzy Samwella, aby wiedzieć, że szeroko się teraz uśmiecha. Zmierzwił jej włosy, burząc ład, który udało jej się zaprowadzić na swojej głowie. 
— Sam, czy ty wiesz, ile ja się starałam, aby zaprowadzić je do porządku?! — wyrwała się z uścisku mężczyzny, patrząc na niego oskarżycielsko. — A tak w ogóle to ledwo co zdążyliście! Nawet ja i Hayden byliśmy tu przed wami. Co was zatrzymało? — złożyła ręce na piersi, patrząc na niego z jedną uniesioną brwią.  — No wiesz...  — Nocny Łowca odwrócił wzrok i zaczął drapać się po brodzie. — Robiliśmy z Jill to... i tamto... 
— Wystarczy! Nie chcę tego słuchać! — zasłoniła uszy dłońmi. Samwell zaśmiał się, a chwilę później tuż obok niego pojawiła się jego żona, Jillian. Jak zwykle wyglądała przepięknie. Owinęła dłonie wokół klatki piersiowej mężczyzny i oparła się na jego boku. 
— Kochanie, przestań terroryzować biedną młodzież — uśmiechnęła się do niego, a on odwzajemnił uśmiech, składając delikatny pocałunek na jej czole. 
— Nie chcę przerywać tej uroczej chwili, ale nasi goście będą tutaj... — Benedict spojrzał na zegarek umieszczony na jego lewym nadgarstku. — Teraz — w chwili, w której mężczyzna wypowiadał te słowa, kawałek jednej ze ścian zmienił swój kolor na fioletowy. Przez portal przeszło sześć osób. Hayden, Ryleigh, Jillian i Samwell dołączyli do swoich towarzyszy, skupiając swoje spojrzenia na nowo przybyłych gościach. 
— A myślałem, że Instytut w Nowym Jorku jest nieco zbyt ponury — Magnus obrócił się wokół własnej osi, rozglądając się po pomieszczeniu. Jednak jego słowa nie zostały w żaden sposób skomentowane, bo atmosferę, która zapanowała w środku, dało się pokroić nożem. Wystarczyło jedno spojrzenie na Angusa i Aleca, aby zrozumieć, dlaczego tak jest. Patrzyli na siebie, gotowi rzucić się na tego drugiego pod byle pretekstem. 
— Lightwood — dziewiętnastolatek mruknął niezbyt przyjemnie, mierząc wzrokiem niewiele wyższego od siebie Łowcę. — Nie powiedziano nam, że to was będziemy musieli gościć. 
— Jak zwykle nie jesteś zbyt dobrze poinformowany, Stark — Alec, który stał z rękoma złożonymi na piersi, odwdzięczył się podobnie nieprzyjaznym tonem głosu. 
— A wy jak zwykle nie potraficie poradzić sobie ze swoimi własnymi problemami — odgryzł się Angus. Wszyscy obecni w pomieszczeniu nie odważyli się na przerwanie tej wymiany zdań, przynajmniej jeszcze nie teraz.
— Valentine jest problemem nas wszystkich! — zanim Lightwood zdążył odpowiedzieć, głos zabrała Clary, stając przed Alecem.
— Tak, oczywiście, ale... 
— Stop — Benedict rzucił krótką komendę, sprawiając, że wszyscy zwrócili się ku niemu. Niektórzy zaskoczeni, inni zezłoszczeni tym, że im przerwał. — Chcę, żeby nasi goście czuli się tutaj, jak w swoim własnym domu, a nie przed sądem. Zostawmy tę rozmowę na później. dobrze? — spojrzał na Angusa, potem na Aleca i na Clary, której posłał lekki uśmiech. 
— I on ma być w przyszłości głową Instytutu? — te słowa Ryleigh wyszeptała do Haydena, jednak jej brat znajdował się na tyle blisko, aby to usłyszeć. 
— Słyszałem to.
— Och! W końcu się do mnie odezwałeś, ukochany braciszku! — spojrzała na chłopaka gniewnie. — Jak dobrze, że przypomniałeś sobie, że masz siostrę! 
— Dobrze wiesz, dlaczego udaję, że jej nie mam! Nikt nie chciałby mieć... 
— Nie waż się! Usłyszałam to raz i nie chcę tego słyszeć ponownie! — przerwała mu, zaciskając zęby na swojej dolnej wardze. — Poniosłam konsekwencje swoich czynów, przepraszam, twoich błędów i nie masz prawa mówić takich rzeczy! 
— Przestań! Po tym wszystkim masz czelność jeszcze kłamać?!
— Ty cholerny tchórzu! Dobrze wiesz, że nie kłamię! Czemu nie możesz się po prostu przyznać?! Nie, wiesz co... — zrobiła pauzę, a potem wzięła głęboki wdech. — Nie chcę tego słuchać — po tych słowach odwróciła się do niego i do reszty plecami, po czym zaczęła kierować się w stronę swojego pokoju. Wytrzymała ze swoim bratem w jednym pomieszczeniu przez blisko siedem minut i nie sądziła, aby mogła robić to dłużej. 
— Ryleigh Margaret Adrasteo Stark! — usłyszała jego pełen złości głos. — Zatrzymaj się i odwołaj wszystkie te kłamstwa, które przed chwilą powiedziałaś! 
Nie zatrzymała się. 
___________________________


Kilka następnych minut upłynęło na słowach przeprosin, które z pewnością musiały się pojawić po tym, w jaki sposób przebiegło pierwsze spotkanie Łowców z Bostonu z tymi z Nowego Jorku. Jednak ostatecznie Benedictowi udało się załagodzić sytuację. Po krótkim odpoczynku goście zostali zabrani na oprowadzanie po Instytucie. Mieli tu spędzić tyle czasu, ile potrzebowali na znalezienie Ragnora Fella i wypadało, aby znali rozkład wszystkich pomieszczeń. I nawet jeżeli poprzedni, niewielki konflikt został zażegnany, to wciąż dało się czuć napięcie między Agnusem a Alecem, którzy wciąż patrzyli na siebie wręcz z nienawiścią.
— Izzy, czemu Alec się tak zachowuje? — Clary szła obok swojej przyjaciółki, starając się mówić na tyle cicho, aby nikt — a tym bardziej Alec — nie usłyszał jej słów. — Już od dawna nie był taki zdenerwowany. 
Przechodzili właśnie korytarzem, na którego ścianach wisiały portrety wszystkich poprzednich głów bostońskiego Instytutu. Benedict opowiadał o nich z pasją i widać było, że każda z tych osób była dla niego w pewien sposób autorytetem. Szereg zdjęć kończyło to, na którym znajdował się Campbell, jako obecna głowa Instytutu. 
— Cóż, mówiąc w skrócie, Starkowie i Lightwoodowie nie przepadają za sobą — Isabelle westchnęła. — Poza tym, z tego co wiem, mój brat i Angus spotkali się w przeszłości, kiedy wspólnie trenowali w Idrisie. Jak już się pewnie domyślasz, nie zostali najlepszymi przyjaciółmi. 
— Ta, trudno tego nie zauważyć — wycieczka ruszyła kolejnymi ciemnymi korytarzami, na których znajdowały się kinkiety, a także gobeliny z wyszytym na nich dumnym, wyprostowanym krukiem. Clary przyglądała mu się przez dłuższą chwilę.
— To herb rodziny Starków — wyjaśniła Isabelle, pilnując, aby Fray nie oddaliła się zbytnio od grupy. Jeszcze tego brakowało, aby zgubiła się w Instytucie, który wydawał się mieć więcej ukrytych pomieszczeń niż można byłoby się spodziewać. — Osobiście wybrałabym coś bardziej ekstrawaganckiego, ale nie wygląda najgorzej. 
Clary zaśmiała się cicho na te słowa, po czym ruszyły za grupą. Dotarli na koniec jednego z korytarzy. Na ścianie przed nimi znajdowały się ogromne, dębowe drzwi, na których wyryte były dwa nachodzące na siebie kręgi. 
— To chyba najbardziej wyjątkowe miejsce tutaj — poinformował Benedict, uśmiechając się lekko. — Sam, czy byłbyś tak miły i przyprowadził do nas Ryleigh? — zwrócił się do starszego mężczyzny, który skinął głową, po czym udał się do pokoju dziewczyny. — Bez jej steli nie otworzymy tych drzwi, a chciałbym wam pokazać, co jest w środku — wyjaśnił. 
Kilka minut później Sam wrócił do nich, a obok niego kroczyła wyprostowana Ryleigh. Przeszła obok grupy z Nowego Jorku, po czym wyciągnęła z kieszeni swoją stelę. Clary wydawało się, że wygląda nieco inaczej niż wszystkie te, które widziała dotychczas, chociaż nie potrafiła stwierdzić, na czym dokładnie polega ta różnica. Angus również wyciągnął stelę i wszedł po schodach. Jego siostra znalazła się obok niego chwilę później. Nie wymienili ze sobą ani jednego spojrzenia, a jedynie unieśli swoje dłonie. Końcami steli zaczęli obrysowywać jednocześnie na drzwiach, a kiedy skończyli, zaczęły się świecić. Niedługo później drzwi otworzyły się, ukazując to, co znajdowało się za nimi. Benedict zaprosił wszystkich gestem dłoni do środka. 
Pomieszczenie miało kształt koła. Na podłodze narysowane były różnego rodzaju pozłacane wzory, jednak aby je zrozumieć, trzeba byłoby patrzeć z góry. Na jasnych, poobdzieranych ścianach znajdowały się półki z księgami, a sufit stanowiła kopuła, na której znajdowały się wizerunki aniołów. Jeden z nich był szczególnie wyróżniony, prawdopodobnie był to więc Razjel.
— Zapiera dech w piersiach, czyż nie? — Benedict rzucił jedno, krótkie spojrzenie na kopułę, a później wrócił wzrokiem na swoich gości, którzy z otwartymi ustami rozglądali się po pomieszczeniu. — Ale to jeszcze nie wszystko — skinął głową na Angusa, który podszedł do jednej ze ścian i wcisnął przycisk za półką.
Kopuła zaczęła się powoli otwierać. Ponad nimi zaczęło odkrywać się nocne niebo, na którym nie znajdowała się ani jedna chmura. Dzisiejsza noc wyglądała wspaniale, wręcz specjalnie, bo gwiazdy jeszcze nigdy nie znajdowały się tak blisko Ziemi, a przynajmniej tak się wszystkim wydawało. Było w tym coś nienaturalnego, jakby między dachem a niebem znajdowała się soczewka powiększająca. W pewnym momencie obraz został przesłonięty przez coś dużego i niebieskiego, co sprawiło, że część osób w pomieszczeniu wciągnęła głośno powietrze.
— C-Co to to było?! Nie mówcie, że kosmici są prawdziwi?! Nie mówiliście mi, że oni też istnieją! To jak w tym filmie, w którym... 
— Kosmici nie istnieją — Ryleigh wtrąciła się Simonowi w słowo, przewracając oczami. — To Neptun — założyła ręce na piersi. — Uczyliście się kiedyś czegokolwiek o planetach naszego układu?
Alec, Izzy i Jace pokręcili głowami. Magnus i Simon wyglądali na zainteresowanych, a Clary próbowała zrozumieć, o co tu tak właściwie chodzi. 
— O astronomii nie uczą podczas szkolenia na Nocnego Łowcę, ale Starkowie są związani z kosmosem od zawsze. Drugie i trzecie imiona otrzymujemy po gwiazdach, konstelacjach i innych obiektach, które znajdują się w naszym wszechświecie. Dla przykładu, ja noszę imię księżyca Urana i Jowisza. 
— Dlaczego? — spytała Clary, unosząc brwi. 
— Cóż, to tradycja — Ryleigh westchnęła, wzruszając nieznacznie ramionami. — Legendy głoszą, że pierwszy Stark czerpał część swojej siły z gwiazd, ale jeśli o mnie chodzi, to nie wierzę w te bajeczki. 
— Ryleigh... — wysyczał Angus przez zaciśnięte zęby, ale dziewczyna zignorowała go, chociaż ostatkami sił powstrzymywała się przed tym, aby nie powiedzieć swojemu bratu czegoś niemiłego. 
— Na kopułę został rzucony czar — kontynuowała, wskazując palcem w górę, chcąc, aby wszyscy tam spojrzeli. — Można powiedzieć, że pokazuje kosmos. Różne planety, gwiazdy, układy, galaktyki, ale też tylko niebo, które znajduje się ponad nami. 
— Nie widziałem efektu tego zaklęcia od wieków — Magnus wyglądał na oczarowanego. — Nie tak łatwo jest je wykonać. Kto je rzucił?
— Bliski przyjaciel założyciela Instytutu, Wysoki Czarownik Bostonu, Alaster Vilgefortz — odpowiedziała, przenosząc swoje spojrzenie na Bane'a. 
— Och, syn Agramona! Miałem okazję spotkać go jakieś sto lat temu i muszę przyznać, że był idealnym partnerem do smakowania win. Jak się teraz miewa? 
— Nie miewa się, czarowniku — głos Angusa był ostry jak brzytwa, prawie pogardliwy. Ryleigh przypomniała sobie, że o tym, że jej brat nigdy nie przepadał za Podziemnymi, jak i Przyziemnymi, a chociaż właśnie łamał jeden z zakazów Benedicta, to na twarzy głowy Instytutu nie zobaczyła nic, co wskazywałoby na niezadowolenie. — Nie żyje od dwóch lat. 
— Ach, rozumiem. To wielka strata — Magnus wydał z siebie ciche westchnięcie, ale nie powiedział już nic więcej. 
— Skoro tu już skończyliśmy, możemy iść dalej — oznajmił Benedict, kierując się w stronę drzwi. 
— Nie przyszliśmy tutaj na zwiedzanie. Mamy pracę do wykonania — słowa Aleca sprawiły, że mężczyzna zatrzymał się i zmierzył chłopaka niezbyt przyjemnym spojrzeniem, przynajmniej na początku, bo jakby ocknął się i uśmiechnął lekko po kilku sekundach. — Rozumiem. Na pewno jesteście zmęczeni, poza tym. Czujcie się jak u siebie w domu. Pod wieczór ustalimy solidny plan działania. 
— Nie potrzebujemy... 
— Nonsens — Campbell przerwał chłopakowi w połowie zdania, kręcąc głową. — Clary ma rację. Valentine jest sprawą nas wszystkich, dlatego pomoc jest właściwie naszym obowiązkiem. A teraz chodźmy — machnął ręką, po czym kontynuował swoją drogę ku drzwiom, a reszta grupy podążyła za nim.
Ryleigh spojrzała na Haydena. Wyglądał tak samo, jak dzisiejszego poranka. A nawet jeszcze gorzej.  
___________________________


Alec nie pozwolił sobie na położenie się na łóżku w pokoju, dopóki nie sprawdził czy jest tu w ogóle bezpiecznie. Podczas oprowadzania bacznie przyglądał się temu miejscu i nie zobaczył niczego nadzwyczajnego, ale wrodzone instynkty wciąż nakazywały mu ostrożność. Teoretycznie znajdowali się na sojuszniczym terytorium, ale teraz, kiedy Valentine wrócił do żywych, można było spodziewać się wszystkiego. Alec pragnął, aby było to jego jedyne zmartwienie, ale odkąd w jego spokojnym życiu pojawiła się Clary, problemów robiło się tylko coraz więcej. Pozwalał sobie myśleć, że ta wycieczka do Bostonu miała swoje plusy, bo przynajmniej mógł uciec od niewielkiej części tego całego bałaganu, który się ostatnio stworzył. Było to jednak małe pocieszenie. 
Ostatecznie nie zdążył nawet pomyśleć o położeniu się i chwilowym odpoczynku, bo drzwi do pomieszczenia otworzyły się. Lightwood spojrzał w tamtą stronę i zobaczył, że to jego siostra stała w progu. To było do przewidzenia, bo Isabelle nigdy nie umiała pukać, nawet jeżeli Alec przypominał jej o tym niejednokrotnie. Pomimo zmęczenia, uśmiechnął się delikatnie. 
— Wszystko w porządku, Alec? — dziewczyna podeszła do niego, odwzajemniając uśmiech. — Wiem, że Stark działa ci na nerwy. 
— Delikatnie to ujęłaś — stwierdził, wzdychając głośno i siadając na łóżku. Było tak samo twarde jak to, które zajmował w Nowym Jorku. — Gdybyśmy nie byli ich gośćmi, chętnie zrobiłbym mu jakąś krzywdę. 
Isabelle uniosła wysoko brwi, zaskoczona. Jej brat dopiero niedawno zabił swojego pierwszego demona, ponieważ wcześniej zawsze ochraniał ją i Jace'a przed wszelkimi krzywdami. Pod maską twardego mężczyzny skrywał się ktoś o wiele bardziej delikatny niż mogłoby się komuś wydawać. Ktoś troskliwy, kto chciał chronić ludzi, a przede wszystkim swoich najbliższych. Ktoś, kto nie pozwalał, aby emocje przejęły nad nim kontrolę, chociaż właśnie to działo się w tej chwili. Dziewczyna usiadła obok brata i objęła go ramieniem, co było nieco trudne z racji tego, że Alec był wyższy i szeroki w barkach. 
— Nigdy nie opowiadałeś mi o nim zbyt wiele, tak właściwie. Taka nienawiść nie mogła wziąć się przecież znikąd. Powiesz mi, co stało się wtedy w Idrisie? — wcale nie chciała być wścibska, po prostu troszczyła się o swojego brata. Umiała słuchać i doradzać, chociaż wiedziała, że chłopak nie otworzy się przed nią łatwo ze względu na swoją naturę. 
— Szczerze? Nic szczególnego. On po prostu... — chłopak westchnął, opadając na twardy materac. Wbił spojrzenie w sufit, szukając odpowiednich słów. — Jego ojciec, Dorian o ile pamiętam, to dupek. Nasi rodzice potrafią być czasami... cóż, nieprzyjemni, ale Dorian Stark jest jeszcze gorszy. Doglądał treningu Angusa w Idrisie, niekiedy nawet sam go prowadził i był naprawdę surowy. Widziałem jego dłonie, w sensie Angusa, całe w poranione, w miejscach nawet do mięsa. Kiedyś zobaczył, jak na nie patrzę, kiedy nie były zabandażowane i straszliwie się zdenerwował. Właściwie od tamtego czasu rozpoczął się spór między nami. On był do mnie wrogo nastawiony, a ja nie pozostawałem mu dłużny, więc rywalizowaliśmy ze sobą w bardzo niefajny sposób. 
— Trzeba przyznać, że nie sprawia zbyt dobrego pierwszego wrażenia. To jak nazwał Magnusa... — Isabelle pokręciła głową z dezaprobatą. Czarownik oczywiście się tym nie przejął, ale fakt pozostawał faktem. Bane był ich sojusznikiem, a nawet kimś więcej i nie zasługiwał na takie traktowanie. W tamtym momencie ledwo powstrzymała się przed powiedzeniem chłopakowi czegoś niemiłego. — Ja na jego miejscu... — przerwała, kiedy zobaczyła wyraz twarzy Aleca i jego zaciśniętą pięść. Izzy uniosła brwi, ale nie powiedziała nic. Nie chciała poruszać tak delikatnego tematu, przynajmniej jeszcze nie teraz. — A jego siostra? — zapytała nagle, chcąc skierować myśli brata na inne tory, który spojrzał na nią lekko zaskoczony.
— Właściwie to... Nie wiem. Chwila, jak ona miała na imię?
— Rerei? Riney? Re...  
— Ryleigh Margaret Adrastea — ku zaskoczeniu ich obu, to wcale nie Alec rozwiał ich wątpliwości, tylko Magnus, który stał teraz w drzwiach, oparty o framugę. Okazało się, że Izzy zapomniała o zamknięciu drzwi, za co Nocny Łowca chciał ją teraz zamordować. Szybko podniósł się do siadu, mając nadzieję, że Bane nie usłyszał lub nie zobaczył zbyt wiele. 
— Ach, wiedziałam, że to coś dziwnego — odparła Isabelle, uśmiechając się lekko. Wiedziała, że pojawienie się Magnusa to sugestia, aby powoli opuszczała pomieszczenie, bo mężczyzna z pewnością chciał porozmawiać z jej bratem. Bane zaśmiał się cicho na słowa dziewczyny. 
— Uwierz mi, kochana, słyszałem gorsze — zapewnił. 
Po tych słowach Isabelle podniosła się z łóżka.
— Dobrze, braciszku. Zostawiam was samych. Tylko nie rozrabiajcie za bardzo, dobrze? — zaśmiała się.
— Izzy! — Alec obruszył się, a na jego policzkach wykwitły delikatne rumieńce. Dziewczyna roześmiała się jeszcze bardziej, ucałowała go w czubek głowy i opuściła pomieszczenie, posyłając przed tym porozumiewawczy uśmiech Magnusowi, który on odwzajemnił. Zamknęła za sobą drzwi, domyślając się, że będą potrzebowali prywatności. 
Więc... 
— Magnusie, po co tutaj przyszedłeś? — uciął Alec, tylko dlatego, że bał się tego, co mężczyzna mógłby mu powiedzieć. Patrzył na niego uważnie. — Ta chwilowa zmiana planów niczego nie zmienia.  
Chciałem się tylko upewnić czy wszystko w porządku. Ten chłopak...   
— To nie twoja sprawajego słowa i ton głosu cięły niczym świeżo naostrzony seraficki nóż, ale Alec nie miał innego wyboru. Musiał trzymać się decyzji, którą podjął kilka dni temu, aby jego rodzina odzyskała swoje dawne imię. Obiecał, że naprawi błędy rodziców, a małżeństwo z Lydią było do tego idealnym sposobem. Dlaczego ludzie ciągle mówili mu, że źle postępuje? Dlaczego Magnus nie dawał mu spokoju? Dlaczego nikt go nie rozumiał?
W porządku, ale powinieneś wiedzieć, że gdybyś czegoś potrzebował... 
— Magnusie, przestań — przerwał mu po raz kolejny, patrząc w podłogę. Wiedział, że nie umiałby tego zrobić, gdyby spojrzał na twarz czarownika. Bał się tego, co mógłby na niej zobaczyć. 
— Wydaje mi się, że powinieneś stąd wyjść. 
Z ust mężczyzny nie wydostało się ani jedno kolejne słowo, a jedyne ciche och, które powiedziało Alecowi więcej niż jakikolwiek inny gest. Westchnął, a kiedy podniósł głowę, był już sam w pokoju. 
_____________________________________________________________________________________________________
Pierwszy rozdział za nami! Szczerze mówiąc, jestem z niego średnio zadowolona, poza tym niewiele tak naprawdę się w nim dzieje, ale przynajmniej poznaliśmy bardziej bohaterów niekanonicznych. W następnym zadzieje się więcej, a na wskazówkę do tego, czego możecie się spodziewać, zapytam jedynie: zauważyliście, że Jace nie dostał w tym rozdziale ani jednej kwestii?
Za wskazanie błędów będę niezwykle wdzięczna, bo nikt mi tego nie betuje, a jestem ślepa, więc pewnie wiele rzeczy przeoczyłam.

14 komentarzy:

  1. Naprawdę świetnie ci wyszedł ten rozdział i myślę, że nie masz się o co martwić - moim zdaniem wcale za mało się tu nie działo ;)
    Swoją drogą nadal nie wiem o co tak naprawdę chodzi (serwujesz nam tyle tajemnic, że naprawdę jestem pod wrażeniem :D). Widać także, że każda z twoich postaci jest rozbudowana i dopracowana w kazdym calu przez to uwielbiam wzystkich. I naprawdę nie wiem kogo jestem bardziej ciekawa - Ryleigh, Angusa czy Benedicta? Wszyscy oni są prawdziwą zagadką dla mnie, a ich relację wydają się bardzo skomplikowane. Sam konflikt pomiędzy rodzeństwem mnie zafascynował i już nie mogę się doczekać by usłyszeć o co tak naprawdę poszło.
    I - o ile dobrze zrozumiałam - wszystko jest osadzone w świecie z Shadowhunters, więc tym bardziej jesteś u mnie na plusie. Mam tylko nadzieję, że i w twoim opowiadaniu Alec wybierze Magnusa i zawalczy o swoje szczęście.
    Pozdrawiam i życzę dużo weny ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ojej, dziękuję ci bardzo! Masz rację, tajemnic tu właściwie jeszcze sporo do odkrycia, ale wszystko po kolei się wyjaśni. c: Chociaż nie wiem, niektóre wyjaśnienia pewnie sprawią, że będziecie mieli jeszcze więcej pytań, ale dla mnie to dobrze, bo lubię trzymać ludzi w niepewności. Takie ze mnie trochę okrutne stworzenie. Bardzo dziękuję za komplement dotyczący postaci, bo to dla mnie naprawdę ważna rzecz. Jeśli chodzi o Angusa i Benedicta to mogę powiedzieć póki co jedynie, że wszystko nie jest wcale takim, jak się wydaje.
      O, konflikt między Angusem i Ryleigh to dopiero ciekawa sprawa i to właśnie ją chciałabym jak najszybciej wytłumaczyć, ale z drugiej strony nie chcę, aby wyszło to sztucznie, więc zobaczymy, kiedy nadarzy się do tego okazja. c:
      Tak, tak, to Shadowhunters i już teraz mogę zapewnić, że Alec pójdzie po rozum do głowy, tylko jeszcze nie teraz. Słodki Jezu, nie mogłabym nie sprawić, że ostatecznie zwiążą się ze sobą, w sensie on i Magnus! To kanon, którego żaden fanfik nie ma prawa łamać, według mnie. Będzie ciężko po po drodze, ale tutaj gwarantuję happy end, bo inaczej bym nie umiała.
      Dziękuję!

      Usuń
  2. Kurde... Tyle dobrych ludzi tutaj. Sam, Jill, Angus... Gdzie ja mam patrzeć? Zrób jeszcze brata Jill i będę w niebie. Pewnie jak byś to zrobiła, rozpływałabym się na cały komentarz o tym co zrobił, co powiedział. Zastanów się dobrze czy tego chcesz XD Znowu muszę Cię poklepać po ramieniu, sis. Gramatycznie i językowo rodział jest świetny! Wszystko trzyma się przysłowiowej kupy, a przechodzenie z jednej sceny do drugiej jest naturalnie zaznaczone. Fajnie, fajnie. Wiesz, że jestem w tym temacie noga, dlatego musiałam niektóre rzeczy przeczytać 2 razy. Nie lubię Aleca. Niech sobie pójdzie xD Ogólnie to ze mnie TeamSamJillAngus także czekam na resztę opowiadania z faworytami w tle! No i zgadzam się z przedmówcą - konflikty między postaciami zaostrzają smaku.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No wiesz co, bro?! Jak możesz Aleca nie lubić? :c To przecież mój synek najukochańszy! Ale wiem skąd się to bierze, w końcu Angus jest twoim kochanym synkiem i niestety nic na to nie poradzę. Aż mi się kraja serce, bo niestety muszę ci powiedzieć, że Angus to tutaj dobrze mieć nie będzie, szczególnie na samym początku. Także ja się chyba zabunkruję, żebyś mnie nie dopadła. A co do brata to powiem ci, że bardzo poważnie się nad tym zastanowię, bo by mi tu świetnie pasował, także... jak to mówią, stay tuned!

      Usuń
  3. No co ja mogę powiedzieć! Podobało mi się bubku, moje zastrzeżenia pewnie znasz. A właściwie jedno, bo jest jedno jedyne i chodzi o dialogi. Ale nie mam się co czepiać, ponieważ jesteś jedną z miliona osób, które wypowiedzi bohaterów przedstawia tak... Formalnie. Jak rozmawiamy ze sobą, to wygląda to inaczej! :D A cała reszta jest miodzio, szablonik masz piękny i wiesz, że kolejny rozdział tyż przeczytam <3 No i podobała mi się Rerei, haha.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No ja wiem, ja wiem. :c Popracuję nad tymi moimi nieszczęsnymi dialogami, których wpakowałam tu tyle, jakbym umiała je w ogóle pisać, a nie umim. Haa, wiedziałam, że znajdziesz kilka punktów wspólnych z Isabelle, dlatego w sumie ten fragment pisałam z myślą o tobie, także czuj się zaszczycona.

      Usuń
  4. Kogo moje piękne oczy widzą! Z tej strony kłania się Gaspardzik, który przemienił się ze słoneczka w Czarną Herbatę :)
    Odpowiadając na Twoje pytanie – nawet nie zauważyłam jego obecności wśród innych Łowców. Może dlatego, że bardzo za nim nie przepadam i wszystkie postacie są lepsze niż on, nawet Angus. Już teraz mogę powiedzieć, że jestem #TeamRyleighIzzyJill #WhoRunTheWorld #Girls
    I broda Sama <3 To jest to, czego w życiu mi potrzeba. Serio.
    Wrzucasz nas w środek konfliktów, których mogę tutaj naliczyć… dużo. Alec->Angus, Alec->Magnus, Ryleigh-> Angus, Angus-> Ojciec, Hayden-> Coś?, Wszyscy-> Valentine
    Generalnie sporo tego.
    Bardzo dobrze czyta się Twoje opowiadanie, ale tego się spodziewałam, znając Twoje odpisy :P Właśnie tylko z dialogami coś mi pasi, jak ktoś już wcześniej napisał. Trochę sztywne są, zwłaszcza te wypowiedziane w gniewie, bo wiadomo, pierwsze spotkanie będzie dość formalne, zawsze tak jest.
    Dlaczego stella R. jest inna? Proszę, nie rób z niej specjalnego płatka śniegu, plz.
    Zaraz, czyżby Jill oraz Sam byli KapitanAmerykaAU, gdzie są łowcami i wszystko kończy się happy endem? W takim razie gdzie jest Bucky? *żartuję oczywiście*

    Pozdrawiam
    CeHa

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O. MÓJ. BOŻE. NIE WIERZĘ!
      Serce mi podskoczyło aż pod sam sufit, kiedy czytałam ten komentarz. Nigdy nie sądziłam, że usłyszę od ciebie cokolwiek jeszcze raz, a tu taka niespodzianka! Jeju, dziękuję, że w ogóle zdecydowałaś się tu zostać na dłużej!
      Szczerze mówiąc, ja za tym panem też nie przepadam. Najchętniej wyrzuciłabym go stąd na amen razem z Clary, ale właściwie to nie byłoby fair, bo są ważnymi częściami Darów Anioła. Nie chcę też, aby stali aż tak z boku, bo to również byłoby nie w porządku, gdybym tak robiła tylko dlatego, że za nimi nie przepadam. Jace będzie robił głupoty, jak to Jace. Muszę ci powiedzieć, że Team dobrałaś sobie perfekcyjnie.
      Haha, tak, masz rację. Konfliktów mamy tu całkiem sporo, a będzie ich chyba jeszcze więcej. Wszyscy są spięci i sfrustrowani, a sytuacja będzie tylko jeszcze gorsza, także kłótnie i nieporozumienia będą tu na porządku dziennym. Ale spokojnie, niektóre przerodzą się w piękne przyjaźnie! Kiedyś.
      Ogólnie dialogi to nie jest moja specjalizacja, co pewnie tu wyszło, ale staram się i mam nadzieję, że w następnym rozdziale będzie brzmiało to wszystko o wiele lepiej. Dziękuję ci za komplement dotyczący mojego pisania, bo w sumie kiedy pisałyśmy ze sobą, zawsze czułam się okropnie, bo ty tworzyłaś takie piękne odpisy i wydawało mi się, że moje są o wiele gorsze. Także wiedz, że te słowa wiele dla mnie znaczą!
      Tak, stela Ryleigh jest inna, ale to subtelna zmiana i wcale nie na plus, także spokojnie, nie jest przez to Łowcą lepszym niż wszyscy inni. A wszystko zostanie wyjaśnione, kiedy dowiemy się, dlaczego ona i Angus najchętniej by się wzajemnie pozabijali.
      W sumie to jest trochę właśnie tak, haha! Steve i Peggy zasługują na swój happy end, ale wiadomo, nigdy się on nie wydarzy, więc chciałam, aby chociaż tutaj byli szczęśliwi, nawet jeżeli nazywają się zupełnie inaczej. Musiałam to zrobić. :c
      Dziękuję ci bardzo jeszcze raz!

      Usuń
    2. Ja nauczyłam się pisać dialogi po tym, jak każdy jeden mówiłam sobie na głos, bez czytania opisów, tylko rzeczywiście jakby to była rozmowa i zmieniałam to, co mi zgrzytało. Może zadziała.
      To tylko ja, nie bóg, ale miło mi, że tak o mnie myślisz xD
      Gwarantuję Ci, że przez całkowitą przerwę z powodów różnych, już tak ładnie nie piszę (a prospos Steve'a, tutaj masz moje bazgroły, czy raczej co zaczęłam tworzyć :P http://melodia-metalu.blogspot.com/ )
      Nie ma za co dziękować!

      Usuń
  5. Szczerze powiem, że jeszcze nie do końca wiem co o tym wszystkim myśleć - bo tak, jak opowiadanie samo w sobie wciąga mnie niesamowicie, tak... no nie wiem, ciężko mi się tu jeszcze odnaleźć? Aż chyba zacznę oglądać serial, żeby zobaczyć co to takiego. :D
    Wiem natomiast, że skupiasz się na wszystkich, a nie tylko na jednej postaci - podoba mi się to, bo z tym ja sama mam ogromny problem. Będę się od Ciebie uczyć!
    I co dla mnie najważniejsze w tym rozdziale... Dialogi... Jeju, są świetnie! Nie wiem czy dobrze odczuwam, iż bohaterowie "gryzą" się ze sobą?
    Nie jest przesłodzone, bo tego nie lubię najbardziej.
    Rozdział cudo i czekam na więcej! ♥ niech sytuacja się trochę rozjaśni, bo dla osoby, która nie zna serialu to taka trochę głęboka woda. (:

    OdpowiedzUsuń
  6. Rozdzial super a przy okazjjo zapraszam so siebie jaceiclaryczylimiloscmimowszystlo.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  7. Heej! ^^
    Bardzo ciekawy rozdział i wcale nie dzieje się w nim za mało! Szczerze powiedziawszy to jest tutaj tyle tajemnic, że zaczynam się zastanawiać czy chce poznawać na nie odpowiedzi, bo później pojawi się jeszcze więcej niejasności xD. Każda twoja postać jest dokładnie przemyślana przez co pokochałam je wszystkie. Historia z rodem Stark, tymi gwiazdami w bibliotece oraz sposobem na nadanie drugiego imienia... jak długo nad tym myślałaś? xD
    Co do twojego pytania... Jak je przeczytałam, aż się cofnęłam, żeby sprawdzić czy on wgl przeszedł przez bramę, ale najwyraźniej tak. Może jest chory? Albo Simon użył na nim taśmy klejącej? xD Dobra ta opcja odpada. Simon nie ma z nim przecież szans.

    Czekam na kolejny rozdział c;

    Ściskam ^^

    Niepowtarzalna xx

    Ps. Zostawiłam ci link do mojego ff o DA w spamowniku :p

    OdpowiedzUsuń